W dzisiejszym „Dzienniku” duży tekst o „Bend” i mawilu autorstwa Huberta Musiała. Oto on:

4e0a40f4237be871.jpg

Niemiecki rysownik Mawil nie kryje, że jest niespełnionym muzykiem. W Polsce ukazał się właśnie jego komiks „Bend” – pełna autoironii opowieść o tym, jak jemu i jego zespołowi nie udało się zawojować świata. Historia narysowana przez Markusa Witzela jest komiksową wersją „Autobiografii” Perfectu, do której autor dołożył melancholię familijnego serialu „Cudowne lata”.

Do tej pory w formie komiksu utrwalano biografie największych: Hendrixa, Beatlesów czy choćby zespołu, któremu lideruje Barbie. Tymczasem narysowany przez trzydziestoletniego Niemca „Bend” przynosi narysowaną z dystansem, hagiograficzną opowieść o oczekiwaniu na cud anonimowych amatorów. Komiks Markusa „Mawila” Witzela jest czymś więcej niż tylko komiksową biografią grupy TineMelk, w której w latach 90. usiłował zawładnąć duszami nastolatków (zwłaszcza nastolatek). To także dokument z życia młodych Niemców tuż po upadku muru berlińskiego i uniwersalna przypowieść o zakładaniu rockowej kapeli. Wzorcowa historia, jaką dla młodzieżowego zespołu pisze los. Markus Mawil Witzel bardzo dobrze prowadzi narrację, potrafi umiejętnie operować atmosferą i to często bez słów, tylko samym kadrem. Plansze, na których TineMelk nie mogą się porozumieć, co do repertuaru planowanego koncertu powinny być lekturą obowiązkową dla wszystkich potencjalnych muzyków. Bo zespół rockowy bez wokalisty to istna wieża Babel. Wprawdzie wszyscy muzycy mówią tym samym językiem, ale każdy tytułuje piosenki według własnego uznania i najczęściej onomatopeicznie naśladując swoją partię, kiedy dochodzi do wymiany poglądów, mamy poplątanie z pomieszaniem.

Mawil jest gwiazdą niemieckiego komiksu. Jego komiksy już trzykrotnie zdobywały nagrody branżowe niemieckiego rynku komiksowego (ICOM Independent Comic-Preis) w kategorii „komiks humorystyczny”. W rzeczywisości jednak ramy komedii są stanowczo zbyt wąskie dla twórczości Markusa Witzela. Nie tylko ze względu na autobiografizm swoich historii i okulary bywa nazywany „komiksowym wcieleniem Woody’ego Allena i Nicka Hornby’ego”. W swoich historiach Markus Witzel bowiem regularnie kreuje się na nieudacznika. Pierwszym w pełni autobiograficznym komiksem Witzela była jego praca dyplomowa na Kunsthochschule Berlin-Weißensee, „Wir können ja Freunde bleiben” („Zostańmy przyjaciółmi”). Na historię składają się ułożone w porządku chronologicznym, cztery opowieści o miłostkach autora. Klamrą spinającą te historie jest zakrapiane spotkanie przyjaciół, na którym przyszła kolei Mawila, by opowiedzieć o swojej pierwszej miłości. Opowieści o podbojach Marcusa niezmiennie rozczarowują kolegów, gdyż tak naprawdę do niczego w nich nie dochodzi. Jak przystało na zakompleksionego chłopaka, przegrywa w przedbiegach.. Nie ma pierwszego pocałunku ani zaproszenia na kolację. Witzel nie jest Casanovą. Nie boi się pisać, że nie ma podejścia do kobiet. I co najważniejsze, jest przy tym szczery aż do bólu. Od autobiografizmu nie stroni również najsłynniejszy jak dotąd komiksowy tom Mawila, „Stand Safari” („Plażowe Safari”). Jego głównym bohaterem jest wprawdzie wielkogłowy zając Supa Hasi, którego okulary mają oprawki łudząco podobne do tych, które nosi autor.

„Bend” jest pełny uniwersalnych prawd w rodzaju: przed twoim występem widownia pęka w szwach, a po – wieje pustką, założyciele kapel z reguły są z nich wyrzucani, a kandydatki na wokalistki żądają admiracji jak operowe divy. Co znamienne, w bohaterach komiksu Mawila za grosz nie ma buntu. Młodzieńczą burzę i napór, które kilkanaście lat wcześniej nadawały kierunek poszukiwaniom Jima Morissona czy Walka Dzedzeja, zastąpiło pragnienie zostania gwiazdą. W wymiarze amatorskiej sceny muzycznej przekłada się to na przepłacanie 100 euro za wymarzony kolor gitary i rozważania na temat wyboru estradowego obuwia, jakim oddaje się narrator podczas jednego z występów. Z nerwów drży cały i ręce mu się pocą, jednak w konfrontacji swojej sztuki z odbiorcą myśli o butach i blondynie, która jak się później uda ustalić ma na imię Steffi albo Anja – zresztą dokładnie nie wiadomo, bo wszędzie chodzi „w pakiecie” z koleżanką. Tak naprawdę zresztą jej imię nie jest ważne, liczy się aura, którą wnosi (oczywiście, wraz z koleżanką), bo w utrzymanym we wszystkich 256 odcieniach skali szarości świecie „Bend” nie ma szalonych imprez, twardych narkotyków i spontanicznego seksu. W dorosłym wydaniu rock’n’roll wciąż jest afrodyzjakiem, ale młodzieżowym muzykom bardziej niż z uciechami ciała ma prawo kojarzyć się z bąblami na palcach, tremą przed koncertem i lekcjami gry. Mozół muzycznej edukacji i gorycz kolejnych porażek osładza marzenie o tym, że kiedyś zostanie się dopuszczonym do wielkiej tajemnicy seksu i sławy. Na kartach rysunkowej opowieści Mawila do tego dopuszczenia nie dochodzi. Wszak to komiksowa wersja „Autobiografii” i „Cudownych lat”, a nie „U progu sławy” i „Las Vegas parano”. Idylla dzieciństwa, a nie piekło dorosłego życia.